Mouse: P.I. For Hire — noir z kreskówki, który gubi trop w połowie śledztwa
Fumi Games łączy estetykę Fleischera z mechaniką shootera, ale zapomina o konsekwencji.
Pierwsza scena to biuro w deszczu. Weneckie żaluzje, cienie na ścianie, butelka whisky na biurku. Postać, której gracz będzie kierował przez następne kilka godzin, to mysz w trenczu — dosłownie. Mówimy o animowanym gryzoniowi z lat trzydziestych, który rozwiązuje zagadki kryminalne z pistoletem w łapce. Estetyka Mouse: P.I. For Hire to najsilniejsza karta Fumi Games: czarno-biała paleta rodem z przedwojennej kreskówki, grube kontury, przesadne proporcje, jazz w tle. Problem polega na tym, że po dwóch aktach studio nie wie, co dalej z tym materiałem zrobić.
Cartoon noir, który nie umie się zdecydować
Noir wymaga konsekwencji. Jeśli budujesz świat zbudowany na cynizmie, korupcji, wieloznaczności moralnej — nie możesz co pół godziny wrzucać slapstickowej walki z bossem w stylu Cuphead. Mouse: P.I. For Hire próbuje być jednocześnie hołdem dla Fleischera i Chandlera, ale te dwa języki się wykluczają. Gra zaczyna poważnie: morderstwo w porcie, przekupni policjanci, femme fatale w futrze. Potem nagle gracz staje oko w oko z wielkim kotem-gangsterem, który mówi głosem z Saturday morning cartoon irzuca pianinami. Przejście między tymi rejestrami jest brutalne.
Mechanika strzelectwa działa poprawnie — celowanie ma przyjemną wagę, broń różni się zachowaniem, areny pozwalają na verticality. Problem w tym, że level design nie wspiera tej swobody. Większość starć to wąskie korytarze z dwoma-trzema punktami osłony, gdzie przeciwnicy pojawiają się falami. Brak emergent gameplay, brak improwizacji. To shooter z 2015 roku w opakowaniu z 1935.
Gdzie jest ta obiecana detektywistyka?
Tytuł sugeruje śledztwo, ale Mouse: P.I. to przede wszystkim strzelanka z okazjonalnymi przyciskami do inspekcji. Gracz zbiera dowody w wyznaczonych miejscach, klika na podświetlone obiekty, słucha dialogów. Zero dedukcji, zero wyboru, zero ryzyka pomyłki. Return of the Obra Dinn pokazało, że można zbudować detektywistykę w grze bez trzymania za rękę. Disco Elysium udowodniło, że noir potrafi być inteligentny i śmieszny jednocześnie. Fumi Games idzie bezpieczną ścieżką: linearna narracja z iluzją agencji.
Dialogi mają dobre momenty — zwłaszcza te z barmanem-szczurem, który parafrazuje klasyczne kwestie z Casablanki — ale brakuje im gęstości. Chandler potrafił w jednym zdaniu namalować postać i jej motywacje. Tutaj dostajesz pięć minut ekspozycji, która mogłaby zmieścić się w dwóch kwestiach.
Dla kogo to jest?
Jeśli ktoś tęskni za estetyką Cuphead, ale chce więcej narracji i mniej bullet-hell, Mouse: P.I. For Hire trafi w ten punkt. Jeśli ktoś liczy na L.A. Noire z myszką — rozczaruje się. To gra dla fanów retrofuturyzmu, dla ludzi, którzy cenią styl ponad substancję, dla graczy gotowych wybaczyć mechaniczną przeciętność w zamian za klimat.
Fumi Games ma talent do budowania światów — ich poprzednia produkcja, niszowy platformer Inkwell Dreams, pokazała podobną dbałość o detale wizualne. Tutaj jednak ambicje przerosły execution. Noir to gatunek, który wymaga precyzji w każdym elemencie: w tempie, w dialogu, w moralnej dwuznaczności. Mouse: P.I. For Hire ma połowę z tego — i niestety to ta mniej istotna połowa.
Piękny rysunek, płytka historia, shooter na autopilocie. Warto zagrać dla estetyki, ale nie dla śledztwa ani mechaniki.