Konami pozywa, by namierzyć autora wycieku Metal Gear Solid 2
Wydawca wyczyścił linki do wykradzionego kodu w kilka godzin. Potem poszedł do sądu, żeby ustalić, kto je opublikował – w grze o panowaniu nad przepływem informacji trudno o bardziej gorzką pointę.
W finałowych godzinach Metal Gear Solid 2 sztuczna inteligencja podszywająca się pod pułkownika Campbella wygłasza Raidenowi wykład, który w 2001 roku brzmiał jak political fiction: prawdziwa władza nie polega na cenzurowaniu informacji, lecz na panowaniu nad ich przepływem - na decydowaniu, co wypłynie na wierzch, a co utonie w szumie. Ćwierć wieku później Konami próbuje zrobić dokładnie to samo. Tyle że nie w grze, a w sądzie w Kalifornii.
1 maja 2026 roku ktoś wrzucił na 4chana kompletny kod źródłowy wersji HD gry - buildy na PlayStation 3, Xbox 360 i PlayStation Vita, jakieś 155,8 MB samego kodu i blisko 28 GB nieskompresowanych zasobów. Wydawca wyczyścił linki w kilka godzin. Ale, jak ujawnił serwis Aftermath, który dotarł do akt, na tym nie poprzestał: 2 czerwca złożył pozew. Jego cel nie jest tym, czego można by się spodziewać. Konami nie ściga graczy ani modderów. Chce jednego - nazwiska osoby, która nacisnęła „wyślij”.
Pułkownik miał rację
Narzędzie, po które sięga wydawca, nazywa się discovery. Konami wnosi o zgodę sądu na wezwania - subpoeny - wobec 4chana i serwisów, na których wylądowały pliki, licząc, że logi zdradzą tożsamość uploadera. Wewnętrzne śledztwo nie doprowadziło donikąd; w dokumentach pada zdanie, że „wciąż istnieje pilna potrzeba ustalenia źródła wycieku”. Pierwsze podejście spaliło na panewce - sędzia odrzucił wniosek o doręczanie wezwań e-mailem, uznając, że firma nie wykazała dość starań, by namierzyć adresatów inną drogą. Wydawca może spróbować jeszcze raz.
Jest w tym coś z fabuły. MGS2 to opowieść o Patriotach - niewidzialnej kabale, która porządkuje cyfrowy świat, odsiewając „śmieciowe” informacje od tych wartych zapamiętania, i tak preparując kontekst, by społeczeństwo wierzyło w wygodną wersję prawdy. Dziś korporacja będąca właścicielem tej opowieści idzie do sądu, żeby zmusić anonimową platformę do zdjęcia komuś maski. Trudno o bardziej dosłowną inscenizację scenariusza, przed którym sama gra ostrzegała.

To, co Konami już raz wycięło
Największą gratką w wycieku jest jednak nie kod, lecz to, co z gry zniknęło. Premiera MGS2 wypadła w listopadzie 2001 roku, kilka tygodni po zamachach z 11 września, i Konami w ostatniej chwili wymazało fragmenty, które nagle przestały być fikcją: sekwencję, w której forteca Arsenal Gear taranuje Manhattan i strąca z cokołu Statuę Wolności, oraz końcowy serwis informacyjny po napisach - z World Trade Center i Pentagonem w kadrze. W kodzie odnaleziono również animację zalania, znaną wcześniej wyłącznie z trailera z targów E3 2001, i wczesne eksperymenty z kamerą zza pleców bohatera.
To dlatego wyciek elektryzuje akurat tę grę mocniej niż inne. Materiał, który wydawca pochował z premedytacją, wraca po dwudziestu pięciu latach - i właśnie po niego sięgają w pierwszej kolejności ci, którzy rozbierają paczkę na części.
Proces kontra archiwum
Bo druga strona tej historii rozgrywa się daleko od sali sądowej. Kiedy prawnicy Konami redagują wnioski, modderzy i historycy gier traktują wyciek jak nieoczekiwane archiwum - szansę na odtworzenie wyciętych scen i prześledzenie, jak powstawał jeden z najambitniejszych tytułów swojej epoki. Najczęściej powtarzany trop prowadzi zresztą nie do hakera, lecz do studia Armature, które przygotowało port kolekcji HD na Vitę; przejęła je Meta, by zamknąć w styczniu 2026 roku podczas cięć w Reality Labs. Kod mógł więc wypłynąć nie zza firewalla Konami, a z gruzów wygaszonej firmy.
Stawka jest przy tym całkiem namacalna. Konami od kilku lat odcina kupony od własnej przeszłości - szykuje Master Collection Vol. 2, a stare buildy to dla niego żywy towar, nie zamknięty rozdział. Wydawca, który przez lata pozwalał serii leżeć odłogiem, dziś chce decydować, kto i na jakich warunkach ma do niej dostęp.
Jedno zastrzeżenie: cały wątek pozwu wisi na razie na jednym źródle. To Aftermath, powołując się na dokumenty sądowe, opisał sprawę jako pierwszy - inne duże redakcje jeszcze jej nie potwierdziły, choć sam wyciek jest udokumentowany aż nadto (pisały o nim m.in. Kotaku i TechSpot). Otwarte zostaje też pytanie czysto techniczne: czy 4chan i anonimowe hostingi w ogóle są w stanie wskazać konkretnego człowieka.
Gdyby scenarzyści MGS2 chcieli dopisać do gry epilog, ten ułożyłby się sam. Tytuł, który kpił z fantazji o kontrolowaniu prawdy w sieci, stał się przedmiotem procesu o to, kto kontroluje dostęp do jego własnego kodu. Pułkownik byłby zachwycony.

