Skip to content
Recenzje

Dead or Alive 6: Last Round - recenzja gry. Ostatnia runda, po której trudno klaskać

9 min czytania
Dead or Alive 6: Last Round - screen z gry

Dead or Alive 6: Last Round miało być dla serii czymś więcej niż tylko kolejną reedycją. To miała być okazja, by przypomnieć graczom, że pod głośną, często kontrowersyjną otoczką wciąż kryje się jedna z najbardziej przystępnych i widowiskowych bijatyk 3D. Problem w tym, że Koei Tecmo wraca na ring z produktem, który potrafi bawić, ale zbyt często każe pytać nie o jakość samej walki, tylko o sens całego wydania.

Dead or Alive 6: Last Round - pojedynek na arenie
Dead or Alive 6: Last Round nadal najlepiej działa wtedy, gdy pozwala po prostu wejść na arenę i sprawdzić refleks przeciwnika. Źródło: Koei Tecmo / Team Ninja.

Dead or Alive nadal umie się bić

Najważniejsza wiadomość brzmi następująco: Dead or Alive 6 wciąż jest dobrą bijatyką. Nie najlepszą na rynku, nie najgłębszą i nie najbardziej prestiżową, ale szybką, efektowną i bardzo przyjemną w bezpośrednim kontakcie. To gra, która nadal potrafi złapać rytm po dwóch rundach i przypomnieć, dlaczego seria przez lata miała wiernych fanów.

Sercem rozgrywki pozostaje charakterystyczny system oparty na relacji między ciosami, rzutami i kontrami. Na papierze brzmi to prosto, ale w praktyce daje zaskakująco dużo satysfakcji. Początkujący gracz szybko zrozumie podstawy, bo Dead or Alive nie wymaga od razu nauki długich kombinacji ani studiowania każdej klatki animacji. Jednocześnie bardziej doświadczeni zawodnicy znajdą tu przestrzeń do czytania przeciwnika, prowokowania reakcji i karania złych nawyków.

To jedna z tych bijatyk, w których widowiskowość nie przeszkadza mechanice. Starcia są dynamiczne, kamera lubi podkreślać mocniejsze akcje, areny reagują na wydarzenia, a przejścia między ich segmentami wciąż robią dobre wrażenie. Gdy postać przebija się przez barierkę, odbija od ściany albo wpada w interaktywny element planszy, Dead or Alive przypomina bardziej film akcji niż suchą sportową symulację. I dobrze, bo właśnie w tym przesadzonym stylu seria czuje się najlepiej.

Reedycja, która za mało zmienia

Problem zaczyna się w momencie, gdy patrzymy na Last Round nie jak na samodzielną bijatykę, lecz jak na nowe, definitywne wydanie gry z 2019 roku. Wtedy trudno oprzeć się wrażeniu, że zmian jest za mało. Poprawki wizualne są skromne, miejscami wręcz kosmetyczne. Gra nadal wygląda atrakcyjnie w ruchu, ma ładne modele postaci i czytelne areny, ale nie sprawia wrażenia produkcji rzeczywiście odświeżonej z myślą o obecnej generacji sprzętu.

Nie oczekiwałem tu pełnego remake'u. Wystarczyłby zestaw zmian, które jasno pokazałyby, że twórcy rozumieją, czego potrzebuje współczesna bijatyka: lepszy kod sieciowy, crossplay, sensowniejszy pakiet zawartości, wyraźniejsze poprawki balansu, może kilka nowych aren albo mocniej przebudowane tryby. Zamiast tego otrzymujemy wydanie, które bardzo często wygląda jak ta sama gra w nowym pudełku, tyle że z mocniej wyeksponowanym sklepem i trybem fotograficznym.

Nowy photo mode jest rozbudowany i pewnie znajdzie swoich odbiorców. Pozwala ustawiać pozy, zmieniać ujęcia i robić efektowne kadry. Sam w sobie nie jest złą funkcją. W innej grze można by go potraktować jako sympatyczny dodatek. Tutaj jednak trudno oddzielić go od reputacji serii, która od lat balansuje między byciem realną bijatyką a katalogiem płatnych kostiumów. Last Round nie robi wystarczająco dużo, by ten wizerunek przełamać.

Dead or Alive 6: Last Round - walka i oprawa
Oprawa nadal potrafi sprzedać tempo pojedynków, choć trudno mówić o dużym skoku względem gry z 2019 roku. Źródło: Koei Tecmo / Team Ninja.

Największy cios przychodzi z internetu

Najbardziej niezrozumiały jest brak funkcji, które w 2026 roku powinny być standardem. Brak rollback netcode'u i crossplayu w nowym wydaniu bijatyki to decyzja bardzo trudna do obrony. W czasach, gdy konkurencja nauczyła graczy oczekiwać stabilnych pojedynków online i łatwiejszego łączenia społeczności między platformami, Dead or Alive 6: Last Round wygląda pod tym względem staroświecko.

Dla osób grających lokalnie problem nie będzie aż tak dotkliwy. Jeśli ktoś chce odpalić kilka walk ze znajomym na jednej kanapie, rdzeń rozgrywki nadal się broni. Ale bijatyki żyją dziś przede wszystkim społecznością. Bez dobrego online'u nawet udany system walki szybciej traci impet. To szczególnie bolesne w przypadku marki, która mogła wykorzystać Last Round do odbudowania sceny i pokazania, że traktuje graczy rywalizacyjnych poważnie.

W praktyce mamy więc paradoks. Dead or Alive 6 jest bardzo przystępne dla nowych graczy, ma efektowne pojedynki i potrafi szybko dać satysfakcję, ale jego infrastruktura nie zachęca, by zostać z nim na dłużej. To jak zaproszenie na turniej, w którym sala wygląda ładnie, zawodnicy są gotowi, ale organizator zapomniał o nagłośnieniu i aktualnej liście uczestników.

Dead or Alive 6: Last Round - dodatkowe postacie
W Last Round od początku dostępna jest część postaci, które w oryginalnym wydaniu funkcjonowały jako dodatki. Źródło: Koei Tecmo / Team Ninja.

Zawartość jest, ale z gwiazdką

Last Round oferuje sensowny zestaw postaci. W podstawowym pakiecie znajdują się wojownicy z oryginalnego Dead or Alive 6 oraz część wcześniejszych postaci DLC, między innymi Nyotengu, Phase 4, Momiji, Rachel i Tamaki. Dla nowego gracza to może wyglądać jak całkiem solidny start. Jest kim grać, style walki różnią się od siebie, a roster dobrze pokazuje, dlaczego seria ma tak rozpoznawalną tożsamość.

Do tego dochodzi darmowa wersja Core Fighters, która pozwala sprawdzić większość trybów bez kupowania pełnego wydania, choć z mocno ograniczoną obsadą i bez kampanii fabularnej. To rozsądny pomysł, bo Dead or Alive najlepiej sprzedaje się przez sam kontakt z walką. Kilka pojedynków wystarczy, by zrozumieć tempo gry i sprawdzić, czy jej styl nam odpowiada.

Tyle że nawet przy tych zaletach trudno uciec od tematu monetyzacji. Last Round wystartowało z bardzo dużą liczbą płatnych dodatków, a społeczność szybko zwróciła uwagę na ceny, sposób potraktowania starszych zakupów i brak realnej ścieżki ulepszenia dla części posiadaczy wcześniejszej wersji. To nie jest drobny problem poboczny, tylko coś, co wpływa na odbiór całego produktu. Gdy reedycja kilkuletniej gry od razu kojarzy się z gigantyczną listą DLC, trudno mówić o czystym nowym otwarciu.

Fabuła nadal jest tylko dodatkiem

Tryb fabularny pozostaje tym, czym był w oryginale: chaotycznym zbiorem scenek, pojedynków i wątków, które najlepiej działają wtedy, gdy nie traktujemy ich zbyt poważnie. Fani serii docenią obecność znanych postaci i kolejne odsłony konfliktów między klanami ninja, korporacjami oraz wojownikami z różnych zakątków świata. Nowi gracze raczej nie znajdą tu historii, która wciągnie ich na długie godziny.

Nie jest to wielka wada, bo Dead or Alive nigdy nie było serią, którą kupowało się głównie dla scenariusza. Kampania spełnia funkcję dodatku, prezentuje bohaterów i pozwala zobaczyć trochę uniwersum, ale trudno uznać ją za jeden z filarów wydania. W 2026 roku, po latach rozwoju trybów single player w bijatykach, można było oczekiwać czegoś bardziej dopracowanego albo przynajmniej lepiej podanego.

Znacznie lepiej wypadają trening, pojedyncze starcia i klasyczne tryby zabawy. Dead or Alive nadal dobrze tłumaczy podstawy i nie odstrasza nowicjuszy od pierwszych minut. To ważne, bo gatunek bijatyk bywa hermetyczny. Last Round potrafi wprowadzić gracza łagodniej niż wiele konkurencyjnych tytułów. Szkoda tylko, że potem nie prowadzi go dalej w stronę nowoczesnej, zdrowej społeczności online.

Dead or Alive 6: Last Round - tryb fotograficzny
Nowy tryb fotograficzny jest jedną z najgłośniej promowanych funkcji Last Round. Źródło: Koei Tecmo / Team Ninja.

Oprawa daje radę, ale nie zachwyca

Pod względem audiowizualnym Last Round jest solidne. Animacje ciosów są płynne, postacie czytelne, areny różnorodne, a efekty specjalne dobrze podkreślają tempo walki. To gra, która w ruchu wygląda lepiej niż na statycznych screenach, bo jej największą zaletą jest dynamika. Każda runda ma energię, a kamera umiejętnie sprzedaje mocniejsze momenty.

Nie da się jednak udawać, że mamy do czynienia z dużym skokiem jakościowym. To nadal fundament z 2019 roku, delikatnie odświeżony i przeniesiony na nowsze platformy. Jeśli ktoś liczył na oprawę, która realnie uzasadni powrót po latach, może poczuć niedosyt. Szczególnie że konkurencja w gatunku mocno poszła do przodu, nie tylko pod względem grafiki, ale też prezentacji, interfejsu, trybów sieciowych i jakości życia.

Muzyka oraz udźwiękowienie spełniają swoje zadanie, choć nie zapadają szczególnie w pamięć. Odgłosy ciosów są konkretne, reakcje aren czytelne, a całość wspiera widowiskowy charakter gry. Nie jest to poziom, który sam w sobie sprzedaje produkcję, ale też trudno uznać oprawę dźwiękową za problem.

Dobra gra w złym momencie i złym opakowaniu

Największy kłopot z Dead or Alive 6: Last Round polega na tym, że gdzieś pod warstwą złych decyzji biznesowych i zbyt zachowawczego odświeżenia wciąż kryje się naprawdę przyjemna bijatyka. Gdy odłożyć na bok sklep, brak rollbacka, brak crossplayu i rozczarowującą skalę zmian, zostaje gra szybka, efektowna i łatwa do polubienia. To nie jest tytuł pozbawiony wartości. To tytuł, który został wydany w sposób podcinający własne atuty.

Last Round mogło być dla Dead or Alive tym, czym dobre edycje definitywne bywają dla innych marek: uporządkowaniem zawartości, poprawą najważniejszych problemów i wygodnym punktem wejścia dla nowych graczy. Zamiast tego dostaliśmy produkt, który zbyt często przypomina, dlaczego część odbiorców straciła zaufanie do tej serii. Sama walka nadal daje frajdę, ale wokół niej zbudowano wydanie, które wygląda bardziej jak kolejna próba monetyzacji niż pełnoprawny powrót.

Dla kogo jest więc ta gra? Jeśli nigdy nie graliście w Dead or Alive i chcecie sprawdzić lekką, widowiskową bijatykę 3D, darmowe Core Fighters może być niezłym początkiem. Jeśli macie znajomych do lokalnych pojedynków, Last Round nadal potrafi rozkręcić wieczór. Jeśli jednak oczekujecie od bijatyki nowoczesnego online'u, przejrzystej polityki dodatków i wyraźnego postępu względem kilkuletniego oryginału, rozczarowanie przyjdzie szybko.

Naszym zdaniem

Dead or Alive 6: Last Round to dobra bijatyka ukryta w rozczarowującej reedycji. System walki nadal ma energię, roster jest solidny, a pojedynki potrafią dawać dużo frajdy. Niestety brak kluczowych funkcji sieciowych, skromna skala zmian i agresywna otoczka DLC sprawiają, że trudno traktować to wydanie jako udany powrót serii. To ostatnia runda, w której sama technika ciosów już nie wystarcza.

Ocena: 5.5/10

Plusy

  • szybki, efektowny i przystępny system walki;
  • pojedynki nadal mają świetne tempo;
  • solidny zestaw postaci w podstawowym pakiecie;
  • areny i animacje dobrze sprzedają widowiskowy charakter gry;
  • darmowa wersja Core Fighters pozwala sprawdzić grę bez ryzyka;
  • tryb fotograficzny jest rozbudowany.

Minusy

  • brak rollback netcode'u;
  • brak crossplayu;
  • zbyt mało zmian względem oryginalnego Dead or Alive 6;
  • agresywna polityka DLC dominuje odbiór gry;
  • reedycja nie daje poczucia pełnoprawnego nowego otwarcia;
  • tryb fabularny pozostaje przeciętny;
  • oprawa jest solidna, ale nie pokazuje dużego skoku jakościowego.

Informacje do ramki

  • Producent: Team Ninja
  • Wydawca: Koei Tecmo
  • Gatunek: bijatyka 3D
  • Platformy: PC, PlayStation 5, Xbox Series X/S
  • Tryby: single player, multiplayer lokalny, multiplayer online
  • Wersja darmowa: Dead or Alive 6: Last Round Core Fighters

Kuba Replay

AUTHOR