Skip to content
Felietony

Ciche laboratorium: Portret studia Asobo

Francuskie studio z Bordeaux robi gry, które wyglądają jak przypadkowe zlecenia – a jednak za każdym razem coś w nich niepokoi i zostaje.

3 min czytania

Bordeaux kojarzy się z winem, katedrą i spokojnym Garonne. Nie z silnikami do symulacji lotu ani z opowieściami o umierającym dziecku. A jednak właśnie stamtąd pochodzi jedno z najciekawszych i najciszej działających studiów w europejskiej branży - Asobo Studio, firma, która przez lata pracowała w cieniu cudzych licencji, żeby w końcu wypuścić dwie gry, które zdefiniowały coś ważnego: to, jak wygląda dojrzałość w medium, które wciąż udaje nastolatka.

Dekada na zleceniu

Przez długi czas Asobo było studiem-widmem. Istniało, dostarczało, inkasowało. Adaptacje filmów Pixara, tytuły na Kinect, projekty na zamówienie wielkich wydawców. Gdyby szukać analogii, można by przywołać Ballardowską figurę człowieka, który przez lata wykonuje pracę precyzyjną i bezosobową, żeby w pewnym momencie odkryć, że ta dyscyplina stała się czymś w rodzaju kapitału - nie finansowego, lecz rzemieślniczego. Asobo przez te lata uczyło się budować światy, optymalizować, skalować. Pracowało z cudzą wyobraźnią, ale własnym kodem.

Ten etap jest często pomijany w opowieściach o sukcesach. Tymczasem bez niego nie byłoby ani Microsoft Flight Simulator, ani A Plague Tale. Techniczna kompetencja, którą studio zbudowało na zleceniach, okazała się fundamentem pod coś zupełnie innego - pod ambicję.

Dwie twarze jednego studia

A Plague Tale: Innocence ukazało się bez wielkiego szumu. Średni budżet, mało znane studio, XIV-wieczna Francja, plaga szczurów. Brzmi jak projekt skazany na przyzwoite recenzje i szybkie zapomnienie. Stało się inaczej. Gra okazała się jedną z najlepiej napisanych narracyjnie produkcji tamtego roku - historia Amicii i jej chorego brata Hugo, uciekających przez kraj ogarniętym wojną i epidemią, działała na zasadzie, którą trudno precyzyjnie nazwać, a którą czuje się od pierwszej sceny: napięcie między opieką a bezsilnością, między miłością a ciężarem, który ona nakłada. To nie była gra o heroizmie. To była gra o wyczerpaniu.

Sequel - A Plague Tale: Requiem - poszedł dalej, może nawet za daleko w rozmach wizualny, ale utrzymał to samo emocjonalne jądro. Asobo nie próbowało stać się Naughty Dog ani CD Projekt RED. Zostało sobą: studiem, które opowiada kameralne, intensywne historie w dużych przestrzeniach, bez otwartego świata, bez RPG-owych statystyk, bez obsesji na punkcie zawartości.

Równolegle - i to jest część, która sprawia, że Asobo jest naprawdę osobliwym przypadkiem - studio wypuściło Microsoft Flight Simulator. Nie metaforyczny lot. Dosłowny symulator lotnictwa, oparty na danych satelitarnych i modelowaniu atmosferycznym, który pozwala przelecieć nad własnym domem i zobaczyć, jak algorytm interpretuje dach. To jest projekt z zupełnie innego wszechświata niż Plague Tale - a jednak wychodzi z tych samych rąk, z tego samego Bordeaux.

Co to mówi o przyszłości

Asobo jest studiem, które trudno zaszufladkować - i to jest jego największa siła, ale też potencjalne ryzyko. Dwoistość - symulator lotu i narracyjna przygodówka o średniowiecznej traumie - może być oznaką wyjątkowej elastyczności technicznej, ale może też być objawem braku tożsamości. Na razie bilans jest wyraźnie na plus. Studio udowodniło, że potrafi budować emocjonalne doświadczenia bez korzystania z utartych schematów gatunkowych, że potrafi obsługiwać ogromne zlecenia techniczne bez zatracenia własnego głosu.

W branży, która coraz częściej operuje logiką platform i usług, Asobo robi coś staromodnego: kończy gry. Wydaje je. Pracuje nad następnymi. Nie ma własnego launchera, nie sprzedaje battle passów, nie ogłasza metaverse’owych planów. Jest po prostu studiem, które robi gry - i robi je lepiej, niż większość firm z dziesięciokrotnie większymi budżetami.

Jeśli ktoś szuka europejskiego studia, które ma szansę stać się prawdziwym punktem odniesienia - nie przez gest marketingowy, lecz przez konsekwentną jakość - Asobo jest kandydatem, o którym warto mówić głośniej. Bordeaux na to zasługuje.

Kuba Replay

AUTHOR